czwartek, 22 stycznia 2015

Jak (można było) zostać oficerem SB

W komentarzu do poprzedniego posta Vatro12 poprosił mnie, żebym opowiedział, jak w Służbie Bezpieczeństwa wyglądała rekrutacja, jak można było zostać funkcjonariuszem SB. Obiecałem o tym napisać i niniejszym słowa dotrzymuję, przesuwając (niemal gotową i pewnie zabawniejszą) opowieść o werbowaniu frustratów na dalszy termin.  

Dyskretna Reklama

Koniec Dyskretnej Reklamy

Rekrutacja w SB była procesem długofalowym. Staraliśmy się maksymalizować szanse posiadania wybitnych pracowników. Nie zawsze się nam to udawało. Po stanie wojennym, kiedy w krótkim czasie liczba funkcjonariuszy zwiększyła się o 50%, narastał szereg negatywnych zjawisk, takich jak nepotyzm i kolesiostwo. Ale co poradzić! Dla nas najważniejszy był kręgosłup ideologiczny, a ten łatwiej jest odszukać wśród rodziny i przyjaciół, niż w kręgach od siebie niezależnych.

Zanim jednak nastał stan wojenny sito było znacznie szczelniejsze. Staraliśmy się sami znajdować potencjalnych pracowników. Właściwie nie można było przyjść do kadr, przynieść CV i liczyć na jego pozytywne rozpatrzenie. To zadaniem służby było znaleźć odpowiedniego człowieka, po czym zaproponować mu pracę. Nie zajmowała się tym żadna wydzielona komórka. Gdy był wolny etat, staraliśmy się ten etat zapełnić, dyskutując, który z kandydatów których mieliśmy na oku może być najlepszy.

Generalnie rekrutację prowadziliśmy tam, gdzie można było znaleźć ludzi inteligentnych, zaradnych i ideowo odpowiednio nastawionych. Stąd świetnymi miejscami było Zrzeszenie Młodzieży Socjalistycznej (ZMS) i Zrzeszenie Studentów Polskich (ZSP), lecz również PZPR. Niekiedy rekrutowaliśmy również... tajnych współpracowników. Szczególnie ci, którzy współpracowali z nami na studiach, mogli dostać u nas pracę po ich zakończeniu. Z takiej rekrutacji korzyść była obopólna: on wiedział, czego się spodziewać, my wiedzieliśmy, co on potrafi. Jednak takich przyjęć zbyt wiele nie było. Oczywiście ważnym źródłem była Milicja Obywatelska. Milicjanci byli już w dużej mierze sprawdzeni, wiedzieliśmy jak pracują i do czego się nadają, więc było to dla nas ważne źródło kadry. Choć moim zdaniem nie było wśród nich pracowników wybitnych, bo myśleli o konkretnym zdarzeniu, a nie o ogólnej polityce. A może to ja jestem zbyt surowy? Bo po latach muszę przyznać, że tak jak ja o polityce myśleć umiałem, to mało kto w tej służbie potrafił. 

Przed zatrudnieniem kandydat przechodził szereg testów. Na inteligencję, psychologicznych i innych. Pisał również wielostronicowy formularz ze szczegółowymi informacjami o życiorysie, rodzinie i przyjaciołach. Informacje te były przez nas skrupulatnie sprawdzane. Potem był na trzyletnim okresie próbnym, w czasie którego można go było zwolnić z dwutygodniowym wypowiedzeniem bez podania przyczyn. I niejeden faktycznie zwolniony został. Bo nie każdy się do tej roboty nadawał. 

Tutaj powiem małą ciekawostkę. Każdy funkcjonariusz raz w roku dostawał "ekwiwalent mundurowy". Ponieważ chodziliśmy w cywilu, a nie w mundurze, to władza poczuwała się do obowiązku zapłaty nam za ubrania. Uznawała, że dodatkowa miesięczna pensja w roku powinna nam na to ubranie wystarczyć. Ale że młody pracownik już ubranie miał - rozumowała władza - to niech donosi to co ma na grzbiecie, a ekwiwalent dostanie za rok. Czyli młodym płaciła z dołu. Ale po trzech latach zaczynała płacić ekwiwalent z góry. Co powodowało, że w momencie przyjęcia na stałe, dostawało się dwa takie ekwiwalenty na raz. Stali czytelnicy zapewne domyślą się, jak ów dodatkowy napływ gotówki był wykorzystywany. 

Choć na wstępie napisałem, że Służba nie przyjmowała oferentów, to na zakończenie tezie tej zaprzeczę. Po pierwsze, niekiedy zdolni milicjanci prosili o przeniesienie do SB i ich prośby, niekiedy były rozpatrywane pozytywnie. A poza tym znam przypadek mojego kolegi, świetnego pracownika, który został przez nas zatrudniony właśnie jako oferent. Otóż pewnego dnia wszedł do odpowiedniego biura kadr i powiedział że chce pracować w służbie. Chyba nie został zrozumiany, bo z formularza który dostał wynikało, że stara się o przyjęcie do MO. Jak się zorientował, to zaczął opowiadać, że to nie dla niego, że on chce coś tajnego, jakiś wywiad, szpiegowanie i takie tam rzeczy. Na takie dictum oficer kadrowy spokojnie zniszczył połowicznie wypełniony dokument i poprosił kolegę o dane raz jeszcze. I zapisał je sobie na małej karteczce. Gdy kolega się pytał, dlaczego tak, usłyszał: "Jak Pan mi napisze oficjalne podanie, to ja będę musiał Panu oficjalnie odmawiać. A ja nie chcę tego robić. Jak ja mam Pana dane nieoficjalnie, to ja się mogę nieoficjalnie zastanowić i dać Panu, nieoficjalnie, odpowiedź". I kolega słowa te zrozumiał i uszanował, czym uczynił pierwszy krok w kierunku kariery w SB. 

Oczywiście pod kryptonimem "zastanowię" kryła się cała procedura sprawdzająca Służby Bezpieczeństwa. Wykształcenie, rodzina, powiązania, przynależność partyjna, przynależność do organizacji młodzieżowych, działalność w nich i inne. I gdy się okazało, że rodzina to zasłużone i wysoko postawione wojsko, że PZPR, że studia i że właściwa postawa ideologiczna, faktycznie wymarzony etat dostał. Najzabawniejsze jednak jest to, że dopiero po długim czasie dowiedział się, jak bardzo wyjątkowe było jego przyjęcie. Ale Służba się nie zawiodła, bo naprawdę był artystą w swoim fachu. Miał więc kolega szczęście. A spora część tego szczęścia polegała na tym, że trafił pod moje skrzydła. Bo ja ten jego artyzm potrafiłem dostrzec, zrozumieć i ukierunkować. 

Dyskretna Reklama

Koniec Dyskretnej Reklamy



8 komentarzy:

  1. Dziękuję za ten wpis, dowiedziałem się kilku ciekawych i interesujących mnie rzeczy. Jak zwykle bardzo cudownie się czytało. Przepraszam jednocześnie za zaburzenie planu publikacji kolejnych historii. Jeszcze raz dziękuję i przepraszam oraz z niecierpliwieniem czekam na kolejne wspomnienia. Pozdrawiam Vatro12.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moj ulubiony temat czyli ciekawostki "techniczne":) Ciągle tu jestem i obserwuje...
    tow.Jakub

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że sie tow. Jakubowi podobało i serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  3. A czy nie zechciałby Pan opisać w jaki sposób Pan trafił do SB?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa sugestia, jakoś nie przyszło mi do głowy, że to może być ciekawe, a historia faktycznie warta opowieści.
      Dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
    2. Panie Bezpieku, nadal czekam na pańską historię. I ogólnie szkoda, że na tym blogu już nie pojawiają się nowe wpisy, bo czytało się wspaniale.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    3. Za miłe słowa bardzo dziękuję. Obecnie jednak czas dzielę pomiędzy nową pracę, wspaniałą żonę i urządzanie mieszkania. Myślę też o tym, żeby dotychczasowe wpisy zebrać, poprawić i przedstawić jakiemuś wydawcy z obietnicą kilkunastu świeżych, niepublikowanych historii. Ten "plan" (bardziej marzenie) też mnie trochę powstrzymuje przed zamieszczaniem nowych wpisów.
      Jeszcze raz dziękuję za miłe słowa.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Panie Bezpiek, blog jest lepszy niż książka. Na blogu są pytania - i odpowiedzi na pytania - ludzie dyskutują i z Panem i między sobą, a książkę przeczyta się i odłoży.

    Wielkich pieniędzy też nie będzie, bo temat jest zbyt polski i nie ma szansy na tłumaczenia na inne języki.
    A ile może zarobić polski autor można przeczytać tu:
    http://spisekpisarzy.pl/2015/09/ile-zarabia-pisarz.html

    OdpowiedzUsuń